The Flip Flop Squad

A couple travelling the whole world with a drone, sending "besos" along the way :)

Księżniczki Jęczybuły sprawozdanie z półmaratonu w Sydney

Księżniczki Jęczybuły sprawozdanie z półmaratonu w Sydney

Swój pierwszy półmaraton miałam przebiec w lutym 2016 roku. Na dwa miesiące przed biegiem złamałam jednak kręgosłup i nogę (peszek). W Barcelonie wystapiłam więc jedynie w roli kuśtykającej cheerleaderki moich biegnących znajomych.
Sporo czasu zajęło mi, by znów zacząć (chodzić) biegać, ale oto jestem, na mecie legendarnego półmaratonu w Sydney! Kto by się spodziewał? Na pewno nie moja pani od w-fu.

Pora podzielić się wrażeniami.
Żaden tam ze mnie wytrawny biegacz, ale zaliczyłam kilka różnych biegów w Paryżu (od paru 10kilometrówek, przez bieg „La Parisienne” z koleżankami z pracy, po bieg mikołajkowy w przebraniu Mikołaja. Don’t judge me). Byłam więc ciekawa, jak wypadnie bieg sydneyowski w porówaniu z paryskimi.

Ogólnie – była to fantastyczna przygoda. Po drodze rozpierało mnie szczęście, widoki zapierały dech, a ja nieustannie winszowałam sobie wyboru tego pięknego miasta na miejsce zamieszkania. To naprawdę świetny sposób, by odkywać miasto. Pogoda była przepiękna, bieg zaczął się już o 6:45, więc upał nam nie doskwierał.

W biegu wzięło udział kilkanaście tysięcy osób, co w porównaniu z paryskimi 40 tys., jest liczbą mało imponujacą.
Zupełnie inna skala przedsięwzięcia tłumaczy poniekąd wszystkie moje zarzuty. Tak, były bowiem rzeczy, które mi, rozpuszczonemu przez perfekcyjną paryską organizację dziewuszysku, nie podobały się.

Po pierwsze trasa – nie ma nic gorszego niz trasa „zawracająca”, podzielona na pół barierkami, czyli po przebiegnięciu trochę ponad 10 km wracasz dokładnie tą samą drogą. Łączy się to z tym, że najpierw odgrodzeni jesteście od tych, którzy są od was szybsi i już „wracają”, a później z namiastką satysfakcji biegniecie w przeciwnym kierunku do tych, którzy są wolniejsi (owszem, byli i tacy). Pomijając już fakt, jak cholernie trzeba walczyć ze sobą, by po prostu nie przebiec na drugą stronę i darować sobie parę kilometrów 😉 Oczywiste są praktyczne powody takiej organizacji, ale jak mówiłam, Paryż mnie rozpuścił.
Nie dostaliśmy koszulek z nazwą biegu, które, oprócz medalu są zawsze fantastyczną pamiatką. Odbieranie t-shirtu dzień przed biegiem ma według mnie swój udział w budowaniu pozytywnego napięcia. W Paryżu i Barcelonie dostaje się oprócz tego masę gadżetów, zazwyczaj sportowe torby, energetyczne batony, żele na obolałe mięśnie itd. Tu dostaliśmy tylko smutną papierową kopertę z numerem, do którego dodatkowo trzeba było sobie samemu skombinować agrafki, z czym również spotkałam się po raz pierwszy. Nie jest to drogi wydatek, pewnie większość ludzi ma je w domu, ale jeśli ktoś otwiera kopertę dopiero rano przed biegiem, to jest to dość niemiła niespodzianka.
Zdecydowanie najmniej fajne było jednak to, jak mało było muzyki podczas biegu, jak mało się działo. W Paryżu co chwila jakiś świetny (lub mniej świetny) band zagrzewa do boju swoją muzyką. Nie wspominam juz nawet o „La Parisienne”, podczas którego w tunelu były zamontowane stroboskopy i grał dj, to było coś! Nie wymagam oczywiście takich szaleństw, ale naprawdę w Sydney była bieda pod tym względem.

Kończąc jednak to malkontenctwo, tak naprawdę w takim biegu liczy się Twój własny wysiłek, emocje, które odczuwasz i to co dzieje się w Twojej głowie – a dzieje się dużo. Dlatego mimo tych drobnych uwag pozostaje to dla mnie jednym z fajniejszych doświadczeń, które długo będę pielęgnować, podlewać i pielić w swojej głowie 🙂 I jak najbardziej zachęcam do takiego sposobu odkrywania miasta. Niezapomniane chwile gwatantowane!

PS. Dziękuję mojemu osobistemu mężo-trenerowi, za nasz brak przygotowania 😉 Za to, że biegł ze mną w moim ślimaczym tempie, zamiast bić swoje kolejne rekordy. Świetnie było przebiec metę trzymając się za ręce. Dzięki!